Jak napisać dobry kryminał?
Przede wszystkim trzeba czytelnika umieć zaskoczyć. I to pierwszorzędnie. Najpierw konieczne jest zbudowanie przekonania, że czytelnik
odgaduje intrygi, domyśla się – wszak jest inteligentny, ale w finale konieczna jest kumulacja zaskoczeń.
Zaskoczenie ma jednak swoje reguły. Czytelnik może zostać ograny, ale nie może zostać oszukany – morderca wyciągnięty w finale jak
królik z kapelusza to nie zaskoczenie, to kapitulacja autora. Dlatego dobry kryminał jest grą pozornie uczciwą: wszystkie nici leżą na wierzchu, tylko
poplątane, a między nimi autor rozkłada tropy fałszywe, które połykamy z apetytem – i o to właśnie chodzi. Sztuka polega na tym, by po ostatniej stronie
mieć ochotę wrócić do pierwszej i sprawdzić, w którym miejscu daliśmy się nabrać.
Następna sprawa to przygotowanie już indywidualnej receptury na styl. I tak na przykład Stefan Ahnhem proponuje dużą dozę okrucieństwa
(roztrzaskiwanie głów, torturowanie ofiar, szalone pościgi samochodowe kończące się runięciem samochodu do wody itp.). Do tego dochodzi duża dawka wulgarności,
z nazewnictwem organów płciowych.
Można się na tę estetykę zżymać, ale trudno udawać zdziwienie. Kryminał skandynawski od dawna licytuje się na mrok – odkąd Henning
Mankell, a po nim Stieg Larsson pokazali, że pod idyllą państwa opiekuńczego biegną pęknięcia, kolejni autorzy sprawdzają, o ile jeszcze można podbić stawkę.
Ahnhem podbija bez wahania. Jest w tym zresztą pewna logika estetyczna: im bielszy śnieg, tym lepiej widać na nim krew. Nieprzypadkowo już tytuł powieści
brzmi jak komunikat meteorologiczny – chłód nie jest tu tłem, lecz zasadą świata przedstawionego, a od strony czytelniczej: gwarancją, że nikt nas nie
przytuli.
Ale jest też dowcip. Na przykład stwierdzenie w rodzaju: „I pozwolił, żeby w jego imieniu przemówiła cisza” (fragment rozmowy telefonicznej
nastolatka z rodzicem).
I ten dowcip nie jest ozdobnikiem. W prozie tak gęstej od okrucieństwa humor działa jak wentyl bezpieczeństwa – pozwala czytelnikowi
odetchnąć dokładnie na tyle, by dał się za chwilę znowu ścisnąć. Jest też sygnałem czegoś ważniejszego: autor, który panuje nad komizmem (a to najtrudniejszy
z rejestrów), budzi zaufanie, że panuje również nad całą resztą.
Dość popularne w kryminałach z ostatnich lat stało się pozowanie głównego bohatera lub bohaterki na osobę ze skomplikowaną psychiką, z
uzależnieniami. Można powiedzieć śmiało, że prowadzą oni walkę na dwóch frontach: zmagają się z nałogiem alkoholowym i ścigają przestępców. Praca, wpływ
kolegów zmusza ich do podjęcia walki z własną słabością.
Chwyt ma zresztą szacowną genealogię: Philip Marlowe zaglądał do kieliszka, Sherlock Holmes – do strzykawki, Wallander zapominał o
jedzeniu, śnie i badaniach kontrolnych. Dzisiejszy śledczy bez żadnego demona wyglądałby wręcz podejrzanie, jak kandydat, który na rozmowie o pracę
wyznaje, że jego największą wadą jest perfekcjonizm. Funkcja tego chwytu jest podwójna. Po pierwsze – uczłowieczenie: herosowi bez skazy kibicować trudno.
Po drugie – buchalteria napięcia: bohater, który oprócz śledztwa może przegrać także samego siebie, ma do stracenia dwa razy więcej, a autor dostaje drugi
licznik tykającej bomby, całkiem za darmo.
Do receptury Ahnhema trzeba wreszcie dopisać składnik, który łatwo przeoczyć, bo jest przezroczysty: warsztat scenarzysty (zanim zajął
się powieściami, pisał scenariusze, między innymi przy telewizyjnych adaptacjach Mankellowskiego Wallandera). Widać ten warsztat w samej konstrukcji: krótkie
rozdziały jak sceny, cięcie w najmniej wygodnym dla czytelnika momencie, montaż równoległy kilku wątków, z których każdy urywa się na zakręcie. To proza
pisana pod wewnętrzny ekran odbiorcy – i pewnie dlatego połyka się ją tak szybko, mimo że porcja jest obfita.
Czy z tej receptury powstaje literatura wysoka? Nie. Ale też nikt tego nie obiecywał. Dobry kryminał to rzemiosło w szlachetnym,
przedindustrialnym sensie tego słowa – jak porządnie zrobiony zegarek: mechanizm ma chodzić, sprężyna ma być napięta, a całość ma tykać do ostatniej strony.
To, że po lekturze zostaje w nas głównie wspomnienie emocji, a nie zdania do podkreślania ołówkiem? Cóż, od zdań do podkreślania są inne półki naszej
biblioteki. Kryminał ma inne zadanie: sprawić, żebyśmy o trzeciej w nocy obiecywali sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”. Ahnhem to zadanie wykonuje.
←Powrót na stronę STEFAN AHNHEM