Fenomen dziennika jako specyficznego gatunku literackiego
Dla wielu twórców czasów komunizmu prowadzenie dziennika był formą autoterapii,
zbawiennym panaceum na duszną atmosferę kulturalną i polityczną, w której odnajdywali się albo ludzie
bezmyślnie posłuszni aparatowi władzy, albo osoby do gruntu cyniczne i gotowe na zaprzedanie swojej
artystycznej wrażliwości.
Leopold Tyrmand jawi się na tym tle jako przypadek szczególny. Póki pracował w "Tygodniku
Powszechnym" do marca 1953 roku, czyli do momentu zamknięcia czasopisma, funkcjonował całkiem przyzwoicie,
miał źródło utrzymania, ale zarazem coś o wiele istotniejszego - poczucie sensu tego, co robił.
Tyrmand tworzył swój dziennik przez kilka miesięcy, zaczynając od pierwszego stycznia 1954
roku. I jest systematyczny. Owszem, niektóre wpisy są krótkie, zaledwie rzucają jakieś cienie obrazów
życia indywidualnego i społecznego. Ale mamy też wpisy bardzo pogłębione.
W dzienniku pisze o podejmowanych próbach pisania różnych rzeczy na zamówienie. Na przykład
pojawiła się pilna potrzeba napisania jakiejś komedii. Żeby cokolwiek zapełnić pustawe sale kinowe,
Centralny Urząd Kinematografii wpadł na pomysł właśnie komedii. I Tyrmand takową napisał: o życiu
studenckim, o Warszawie. I komedia wyszła całkiem niezła, ale miała jedną zasadniczą wadę - śmieszyła,
bawiła, ale nie zawierała komponentu ideowego, tego co sam Tyrmand nazywał
sosem ideowym. No i
przepadła.
Komunizm a średniowiecze
Leopold Tyrmand poświęca w swoim dzienniku bardzo dużo miejsca analizie zjawiska komunizmu.
Opisuje wnikliwie i niezwykle plastycznie, czym jest to przekleństwo XX wieku, jak działają jego mechanizmy
i jakie skutki wywołuje w przestrzeni społecznej i idywidualnej.
W jednym z ostatnich fragmentów książki pojawia się niezwykle cenne porównanie komunizmu ze
średniowieczem.