Jedna scena w foyer teatru, w której mieści się cała Lalka — i jedno słowo, które ją nazywa.
Foyer teatru. Wokulski widzi Izabelę od tyłu, w grupie znajomych. Ona odwraca się i patrzy — jak mu się zdaje — prosto na niego. Rusza w jego stronę. Metr, mniej niż metr. I mija go: idzie do mężczyzny, który stoi za jego plecami.
Kilkanaście sekund bez jednego ważnego słowa. A jest w nich cała Lalka.
Bo najokrutniejsze w tej scenie nie jest to, że Izabela okazuje Wokulskiemu pogardę. Pogarda wymagałaby zauważenia go. Ona go nie widzi — w jej oczach jest filarem w foyer, elementem tła. Można kupić najdroższy bilet i najlepszy frak; frak nie czyni widzialnym.
Na szczycie punkt B — Izabela. Na dole długiego trzonu punkt C — mężczyzna, do którego naprawdę idzie: dziś ten, jutro Starski, pojutrze Molinari. Z boku, na krótkim ukośnym ramieniu, punkt A — Wokulski. Przy osi. Nigdy na niej.
Kąt między jedną linią a drugą jest z jego miejsca prawie niedostrzegalny. Dlatego mu się wydaje. Jemu przez całą powieść coś się wydaje: każdy drobiazg czyta jako znak — nie dlatego, że drobiazgi coś znaczą, tylko dlatego, że on potrzebuje, żeby znaczyły. Genialny analityk, który na giełdzie nie myli się nigdy, w jednym jedynym miejscu traci zdolność liczenia.
Na to jest jedno słowo i jest to słowo kolejowe. Mijanka — dodatkowy tor, na którym jeden pociąg przepuszcza drugi. Dwa składy zrównują się oknami na ułamek sekundy i oddalają się w przeciwne strony. Tory kolejowe wracają w tej powieści jeszcze raz, pod Skierniewicami, i już nie metaforycznie.
Dlaczego punkt C jest zmienną i każde zwycięstwo Wokulskiego okazuje się bezużyteczne. Dlaczego mijają się nie dwoje ludzi, tylko dwie klasy. Co zmieniło się między Izabelą Beaty Tyszkiewicz a Izabelą Sandry Drzymalskiej. I które zdania z serialu potrafią kosztować punkty na maturze.