Cyprian Norwid (1821–1883) jest najbardziej niezrozumianym poetą polskiego romantyzmu — i to niezrozumienie zaczęło się już za jego życia. Pisał trudno, przewrotnie, z przemilczeniami; współcześni uznali to za nieudolność.
Zmarł w przytułku pod Paryżem, a jego najważniejszy zbiór wierszy nie znalazł wydawcy. Odkryto go dopiero pół wieku później — i od tego czasu jest czytany jako poeta najbliższy naszej wrażliwości.

Rozpoczynał obiecująco: zdolny rysownik i rzeźbiarz, obracał się w salonach Warszawy i Rzymu. Potem przyszły kłopoty — postępująca głuchota i osłabienie wzroku, kłopoty finansowe, nieudana miłość do Marii Kalergis, wyjazd do Ameryki, gdzie pracował fizycznie.
Ostatnie lata spędził w Zakładzie św. Kazimierza pod Paryżem, przytułku dla polskich weteranów i ubogich. Zbiór Vade-mecum, dziś uznawany za jego dzieło najważniejsze, za życia autora nie ukazał się w całości.
Milczenie jako środek. Norwid buduje wiersz z pauz, przemilczeń i niedopowiedzeń; czytelnik musi dopowiedzieć sens sam. To technika bliższa poezji XX wieku niż romantyzmowi.
Praca i sztuka. W Promethidionie stawia tezę, że praca jest formą piękna, a sztuka powinna być z pracą związana. To zupełnie inne myślenie o twórczości niż romantyczny kult natchnienia.
Powrót do epokiRomantyzm